efekty na siłowni
Wywiady o produktywności

Trener Paweł Tarkowski o produktywności na siłowni

W drugim z cyklu wywiadów o produktywności Paweł Tarkowski, trener personalny specjalizujący się w treningu z odważnikami kettlebells oraz w kalistenice opowiada o tym, jak uzyskać dobre efekty na siłowni, czyli co robić, by być silnym, sprawnym oraz mieć atletyczną sylwetkę i szereg korzyści z treningu w życiu codziennym.

Klaudia: Jesteś trenerem, instruktorem, spędzasz dużo czasu na siłowni i pewnie nieraz zauważasz, że panuje na niej swojego rodzaju bylejakość. Ludzie ćwiczą, ale w sposób nieproduktywny, nie dążą do żadnego konkretnego celu, nie myślą o tym, co robią, czasami wyrządzają sobie nawet przy tym krzywdę. Jaka jest według Ciebie przyczyna takiego stanu rzeczy?
Paweł: Myślę, że przede wszystkim wśród ludzi nie ma jeszcze odpowiedniej dawki świadomości tego, w jaki sposób trening może zmieniać życie. Bo chodzenie na siłownię jest dzisiaj w jakiś sposób narzucone, jest to z jednej strony modne, może ktoś się rzeczywiście dzięki temu trochę lepiej czuje, może uważa, że tak po prostu trzeba. Wiele osób zwyczajnie chce schudnąć, ale nie do końca wie, jak ma tego dokonać. Natomiast te prawdziwe korzyści, które można czerpać z dobrze zaplanowanego treningu, pozostają poza świadomością wielu ludzi. Do tego dochodzi jeszcze głębokie zaniedbanie już z czasów dzieciństwa, dorastania, w związku z którym ludzie nie zastanawiają się nad istotą tego, co na tej siłowni robią. Bo jeśli człowiek wykonuje ruch, to on powinien czemuś służyć. W zasadzie gdybyśmy podeszli do 90% ludzi na siłowni i zapytali: Cześć, widzę, że robisz to ćwiczenie, powiedz mi, dlaczego je wykonujesz – odpowiedzi prawdopodobnie byśmy nie dostali. Ja zawsze powtarzam, że ważniejsze od tego, co się robi, jest to, jak się to się robi. Bo załóżmy, że na siłownię wchodzi dziewczyna, całkiem nieświadoma, i wykonuje np. wykroki, zakroki, przysiady, martwe ciągi, czyli ćwiczenia, które są ogólnie bardzo przydatne, ale patrząc na ich wykonanie wiemy, że nikt tej osobie nie przekazał istoty, idei, wzorca, tych głównych zasad, które mogłyby przestawiać ją w inny świat możliwości jej ciała.

Czyli ta dziewczyna działa odtwórczo.
Tak, to znaczy moim zdaniem ludzie po prostu nie wiedzą, w jaki sposób funkcjonuje ciało, nie mają zielonego pojęcia o biomechanice, o anatomii ludzkiej, o tym, które mięśnie pracują w danym ćwiczeniu, co jest ruchem ważnym, co nie jest ważnym, co można zmienić, co mogłoby nam przynieść relatywne korzyści. Dajmy na to, jakaś osoba twierdzi, że trenuje funkcjonalnie, np. na crossficie. Wtedy pytam:
-Wobec tego jakie ruchy wykonałeś na 3 ostatnich treningach, które mają przełożenie na to, co robisz w życiu?
-Ale jak to?
-Powiedz mi na przykład, jakie sporty uprawiasz?
-Ale to co…?
-No jakie sporty uprawiasz?
I wtedy okazuje się, że ktoś, nie wiem, jeździ na rowerze, np. uprawia downhill rowerowy.
-Aha, dobrze, jakie więc ćwiczenia wykonujesz, by Twoja kontrola nad rowerem przy prędkości 70 km/h między drzewami był lepsza?
-No nie wiem.

Ta osoba wykonuje trening niedostosowany do tego, co chce osiągnąć.
Dokładnie. Ćwiczenia powinny dawać nam po prostu szczęście. Dla jednej osoby szczęście oznacza piękną sylwetkę – ok, w porządku. Dla drugiej jest ono równoznaczne z osiąganiem lepszych wyników sportowych, a dla trzeciej szczęście oznacza to, że może ona wykorzystać potencjał swojego ciała do wielu aktywności, które po prostu lubi.

Czy uważasz, że komercjalizacja siłowni i ćwiczeń też się do tego przyczynia? Bo mamy na nich cały arsenał różnych przyborów, z których nie do końca wiemy, jak korzystać, siłownia stała się swego rodzaju centrum rozrywki, możemy tam przyjść, posiedzieć, zjeść obiad, przez co gubi się ten prawdziwy sens, który jest nieodłączny w metodzie Hardstyle, czyli żeby od pierwszej do ostatniej minuty treningu dawać z siebie wszystko, czyli maksymalnie produktywnie wykorzystywać ten czas, który mamy na trening.
Dokładnie.

Czy widzisz tu sprzeczność i dlaczego tak mało osób podejmuje się tej wymagającej dyscypliny? Czy to jest niewiedza, czy ludziom się po prostu nie chce?
Jeżeli odniesiemy to do ćwiczeń z odważnikami kettlebell metodą Hardstyle, choć można by to było przełożyć też na wiele innych przyrządów czy w ogóle rodzajów treningu… Ale jeśli chodzi stricte o kettle, to jest takie powiedzenie, że one nie kształtują charakteru, tylko go sprawdzają. I niestety ma to sens, bo kettle zweryfikują na samym wstępie to, czy ktoś jest na tyle wewnętrznie ukształtowany, że w procesie nauki tej metody będzie w stanie znieść ten cały trud, ten ból, to zmaganie się z niedoskonałością ruchów, które wykonuje. Bo żeby to wszystko przejść, musimy wiedzieć, że to czemuś służy. Jeżeli nie rozumiemy, że to czemuś służy, albo nawet nie chcemy się tym zainteresować, to nie przejdziemy tych szczebli. I z reguły przychodzi, nie wiem, trzeci trening, wykonamy kilka cleanów, w których boleśnie obijemy sobie kettlem przedramię i w końcu dajemy sobie spokój, bo nie jesteśmy w stanie tego kontynuować. Tylko wybitne jednostki są w stanie przyjść na siłownię i wykonać trening, który de facto niestety jest czasem trudny… Zresztą trening z definicji nie jest wizytą towarzyską. Trening to złożony, długotrwały i przede wszystkim zaplanowany proces. Proces, który doprowadzi nas poprzez zmiany do tego, co chcemy uzyskać. Ale ludzie nie są tej ciągłości wierni i to odróżnia, pomijając już profesjonalistów, którzy zajmują się sportem zawodowo i dzięki niemu się utrzymują, osoby ze słomianym zapałem od ludzi naprawdę świadomych, będących w temacie kilkanaście lat, którzy przeszli przez różne stadia, próbowali niejednej metody. Na początku oczywiście każdy mężczyzna fascynuje się kulturystyką. Potem dociera do niego, że dźwiganie dużej masy własnego ciała może utrudniać życie – bo kiedy wchodził z dziewczyną na Giewont i ona go poprosiła, żeby wziął ją na barana, to okazało się, że zestaw: jego masa mięśniowa plus jego dziewczyna to było dla niego za dużo. Nie podołał temu zadaniu i niestety ich miłość nie przetrwała tej próby 😊. I zaczął szukać innych metod, aby wrócić do korzeni, bo nie poradził sobie z wyzwaniem, a przecież powinien był – jego ojciec nosił jego matkę na barana ile chciał albo nosił ją na rękach, a on nie może, bo nie ma siły. A dlaczego nie ma siły? Może po prostu źle trenuje…

No tak.
No i trzeba szukać. Dla mnie właśnie ważne jest to, żeby cały czas szukać metod, które są w stanie wycisnąć z nas to, co jest naszym potencjałem oraz to, co jest naszym obowiązkiem – bo w nauce ruchu mamy dwa aspekty: to, co chciałbym, bo jest mi potrzebne do czegoś, ale niestety też to, co muszę. Ktoś mówi mi na przykład: Słuchaj, ja nie lubię przysiadów, bo wiesz, ja nie lubię z tą całą sztangą, ona zawsze jest zajęta i stojaki są zajęte, i te ciężary trzeba nakładać… Ja odpowiadam: Przykro mi, ale jeżeli chcesz być człowiekiem silnym, sprawnym, szczęśliwym i zadowolonym z jakości życia, to niestety, musisz dwa razy w tygodniu wchodzić na ciężkie siady z dużymi ciężarami.

Chciałam Cię spytać, czy kettle mogą być kuźnią charakteru, ale widzimy już, że raczej go sprawdzają.
Tak, zdecydowanie.

Więc czy kettle są dla wszystkich?
Nie są.

Czyli nie jest to metoda treningowa dla osób, które nie przykładają wagi do jakości swoich treningów, nie wiedzą, jak się napinać i w ogóle ich to nie interesuje? Takie osoby mogłyby zrobić sobie krzywdę, trenując z kettlami?
Odważnik kulowy to dość specyficzny przyrząd, jeśli chodzi o jego konstrukcję, bardzo „prymitywny”, można powiedzieć, jako narzędzie, i przez to wymagający ogromnego skupienia w pracy. Przy okazji można zauważyć, że jeśli ktoś nie potrafi się skupić nad ruchem, zastanowić nad nim, to kettle od razu to zweryfikują, one po prostu od razu karcą.

I taki człowiek albo się w tym momencie przebudzi, albo zrezygnuje?
Tak. Bywały takie przypadki, że ktoś dołączał na moje zajęcia grupowe, a ja mu to odradzałem, bo wiedziałem, że nie da rady za żadne skarby. Mówiłem: Zobacz, przykro mi, mamy grupę zaawansowaną, jak sam widzisz, nie potrafisz wykonać swingu, oczywiście możesz próbować, no ale widzisz… Są też jednak takie osoby, które są w stanie nauczyć się pracy z odważnikami, bo one czegoś się dowiedziały, one zrozumiały, one same na przykład poczuły, że mają pewne braki i postanowiły coś z tym zrobić. No bo to, że ktoś jest dzisiaj niesprawny i ma nadwagę, nie oznacza, że tak ma być już zawsze, bo nikt nie został do tego stworzony. Każdy żyje chyba w takim układzie, że jest w stanie zadbać o to, żeby poczuć się lepiej. W przypadku kettli my nie skupiamy się w ogóle nad tematem budowania czy kształtowania sylwetki, bo to jest akurat bardzo pozytywnym efektem ubocznym tego treningu. On potrafi być niesamowicie intensywny w formie stricte siłowej, niesamowicie intensywny, jeżeli przesuniemy go w stronę wytrzymałości siłowej, więc w zasadzie każde zajęcia na kettlach można by opisać „Fat killer kettlebell”. Oczywiście nikt tego nie robi, ale nawet sam się kiedyś zastanawiałem, czy nie nazwać tych zajęć w ten sposób, bo ludzie, kiedy słyszą sformułowanie „trening siłowy”, „odważnik kulowy”, od razu widzą w tym coś ciężkiego i trudnego. I kiedy dana osoba przychodzi pierwszy raz na zajęcia i ma wykonać jakiekolwiek ćwiczenie, które omawiamy, to ja tylko obserwuję, po jakie kettle ona pójdzie. I z reguły są to te kolorowe, najmniejsze, czwórki, szóstki, co jest totalnym wypaczeniem – czasem chciałoby się włączyć pauzę na pilocie i powiedzieć: Posłuchaj, zastanów się, dlaczego uważasz, że to jest dobry odważnik dla ciebie? Jakie zmiany dzisiejszym treningiem, Twoją obecnością tutaj chcesz wprowadzić – tym czymś??

Czyli właśnie od tego zaczynasz kształtowanie efektywności, produktywności u swoich klientów, od mówienia im, że mogą więcej? Jak kształtujesz to dalej, jeśli zgodzisz się zdradzić?
Chętnie odpowiem, ale musisz doprecyzować pytanie, czy chodzi o klientów opornych, niechętnych do treningu czy pytasz ogólnie?

Jak sprawiasz, że klienci, którzy nie do końca chcą ćwiczyć, nie są przekonani, nie potrafią się napiąć, rozpraszają się – skupiają się jednak na tym treningu i są naprawdę efektywni i mają osiągnięcia. Nie chodzi mi konkretnie o metody treningowe – jak sterujesz progresją ciężaru, jakie ćwiczenia dobierasz, tylko w jaki sposób budzisz w swoich podopiecznych tę motywację?
Ja chyba stosuję, oczywiście jeżeli mam to szybko zsumować, taki miks dwóch aspektów. Po pierwsze, jako instruktor, jestem reprezentantem systemu, który jest zamknięty, sprawdzony i wiadomo, że jest skuteczny… W związku z tym, jeżeli dany człowiek zdecyduje się chociażby na takie wstępne rozeznanie, jak wygląda trening z odważnikami, to siłą rzeczy on i tak błyskawicznie odczuwa, nawet tego nie chcąc, nawet będąc opornym i sabotażując każde ćwiczenie, błyskawiczny progres czystej siły. I to musi dać komuś do myślenia, że jeszcze parę tygodni temu nie był w stanie ruszyć dwudziestki (odważnika o wadze 20 kg, przyp. red.) z ziemi, a dzisiaj wykonuje nią military press. I wtedy ta osoba pyta, dlaczego tak jest. Ja odpowiadam: Dlatego, że jestem tutaj i proszę cię, żebyś wykonał dane ćwiczenie tyle i tyle razy w takiej czy innej formie, skupił się, napiął, oddychał, zastanawiał się nad tym, dlaczego w ogóle warto jest robić ten i ten ruch. Jeśli tylko będziemy to powielać – z racji tego, że trening musi mieć w sobie element powtarzalności – system sam zadziała. Ale niektórzy ludzie tej powtarzalności nie akceptują, bo myślą, że jest miliard ćwiczeń na świecie, które mają być rozłożone na następne 10 lat treningu. A tymczasem na świecie jest 5 naprawdę ważnych ćwiczeń, które trzeba powtórzyć miliard razy. Drugi aspekt jest taki, że ja od razu przedstawiam podopiecznym bridge model, czyli element „mostowania wizji”. Osoba, z którą pracuję, musi zdać sobie sprawę z tego, w jakim stadium jest obecnie. Można komuś bardzo łatwo to przedstawić, bo wystarczy poprosić go o kilka testów, nawet nie siłowych, tylko sprawnościowych i bardzo szybko dochodzi do tego, że możemy komuś powiedzieć wprost: Czy teraz widzisz, że motorycznie jesteś prawie kaleką, mimo że uważałeś się za sprawnego, gdy tu przyszedłeś? Chciałeś schudnąć, a okazało się, że jesteś kaleką ruchową, w związku z czym nie jesteś w stanie realizować rzeczy, które mogą sprawiać ci mnóstwo przyjemności w życiu. I do tego człowieka zaczyna to mimo wszystko docierać. I w tym momencie warto mu powiedzieć: Posłuchaj, ja ci jestem w stanie przedstawić taki system, taką metodę, która sprawi, że będziesz się czuł lepiej, ale jednocześnie wysiłek, który będziesz musiał włożyć w trening spowoduje, że twoja sylwetka będzie się zmieniać. Z drugiej strony zgłaszają się na przykład do mnie ludzie, którzy chcą użyć kettli do budowania masy mięśniowej. To niestety jest akurat jeden z celów raczej niemożliwych do osiągnięcia na kettlach, ponieważ trening z odważnikami zawsze będzie angażował nasze ciało globalnie, nie ma w nim elementu ruchów izolowanych, więc siłą rzeczy nie ma też tutaj przełożenia na wartości czysto kulturystyczne. Ok, można wywołać hipertrofię mięśniową specyficznymi układami, ale to nie służy temu.

Czyli każdy trenujący powinien znać swój punkt wyjściowy i dostosować metody do osiągnięcia celu?
Dokładnie. Są o wiele lepsze metody budowania masy mięśniowej i nie ma sensu się z tym szarpać, bo w treningu na kettlach nie chodzi o to. W tym miejscu niektórzy panowie się może rozczarowują. Kolejna ważna sprawa: uważam, że trzeba znać różnicę między byciem instruktorem a byciem trenerem. Mnie się wydaje, że ja ją już poznałem. Czasem niestety trzeba być instruktorem i trzeba być na gotowym na to, żeby być instruktorem zawsze. Niekiedy, jeśli kogoś dłużej znamy, możemy pozwolić sobie na bycie jego trenerem. I teraz na czym polega bycie instruktorem – niestety na tym, że jest się wzorcem dla swoich podopiecznych pod względem celów, które oni chcieliby uzyskać. Czyli jeżeli ktoś przychodzi do mnie i mówi: Cześć, Paweł, widziałem Twoje zaliczenia do Top Team Poland, widziałem Twój Snatch Test, słuchaj, ja też bym tak chciał – to ja muszę cały czas ten poziom prezentować, albo chociaż mieć te osiągnięcia udokumentowane, muszę wiedzieć, jak do tego doszedłem. Bo instruktor zawsze ma uwypuklone te cechy, które chcą uzyskać jego podopieczni. Na zajęciach fitness instruktorka siłą rzeczy zawsze ma szczuplejszą, zgrabniejszą sylwetkę niż osoby, które dopiero dołączyły na zajęcia i chowają się w ostatnim rzędzie.

Czyli instruktor jest autorytetem.
Natomiast trener – no bądźmy szczerzy – czy trener Mike’a Tysona za czasów jego świetności pokonałby go w ringu? No nie, to był starszy pan, który miał na niego ogromny wpływ i ustawiał go tak, że on po prostu wszystkich kasował już w szatni, każdy się go bał, ludzie mieli nawet drgawki na myśl o Tysonie. I to jest różnica między instruktorem a trenerem. Jeśli chodzi o reprezentowanie pewnych wartości takich jak siła czy sprawność, to przyjmijmy, że mówię ludziom: Kettle spowodują, że będziecie wszyscy zbudowani w sposób atletyczny, czyli będziecie wyglądali, jakbyście mieli całe życie do czynienia ze sportem; nikt nie będzie potrafił powiedzieć, z czego się wywodzicie, ale każdy będzie mówił: jak ty fajnie wyglądasz! I nie będzie to zobligowane posiadaniem jakiejś gigantycznej ilości masy mięśniowej na sobie. No dobrze, ale jeżeli ja sam będę gościem, który ma nadwagę i ledwo się rusza, to będzie to niespójne. Ja uważam, że każdy trener oprócz punktu wyjścia, czyli aspektów ogólnorozwojowych i trochę ukierunkowanych, powinien mieć swoją specjalizację, bo dopiero wtedy może się stać wiarygodny. Ja na przykład nie specjalizuję się w trójboju siłowym i jeśli ktoś będzie chciał poprawić swoje wyniki, załóżmy, w maksymalnym przysiadzie, to ok, ja mogę mu doradzić i na pewnym poziomie ten ktoś osiągnie poprawę dzięki moim sugestiom, ale to nie będzie już poziom ekspercki. Natomiast jeżeli chodzi o to, w jaki sposób przygotować się do Mistrzostw Polski Kettlebell Hardstyle, to tak, bardzo chętnie, zapraszam do mnie, bo wiem co trzeba zrobić, wiem, jak trzeba się przygotować, wiem, z czym trzeba się będzie zmagać, bo to jest akurat moja specjalizacja. Także, już sumując, ważne jest przede wszystkim bycie konsekwentnym, kiedy ludzie odmawiają ruchu. Bo są też tacy, którzy potrafią po prostu odłożyć kettla, i powiedzieć: Tego nie zrobię. I teraz pytanie jest takie, czy ja mam za zadanie komercjalizować to, co robię i unikać konfrontacji z faktem, że ostatnie kilka lat poświęciłem na specjalizowanie się w metodzie Hardstyle? Nie, ja muszę wiedzieć, w jaki sposób jednak przekonać go, że on ma dane ćwiczenie wykonać.

Czyli musisz mu naświetlić cel, który on chce osiągnąć?
Dokładnie.

I to też jest rola trenera.
Tak. Uważam, że każdą, nawet najbardziej zniechęconą do ruchu osobę można pobudzić do pracy nad jakością funkcjonowania swojego ciała, bo de facto każdy z nas urodził się sprawny, każdy z nas urodził się na tyle chętny do ruchu, że kiedy widział drabinki….

…albo trzepak…
…albo trzepak, to podbiegał i wskakiwał na niego, racja? To wszystko się zmieniło, kiedy młody człowiek poszedł do szkoły, usiadł i siedział przez pierwsze dni po 8-10 godzin w klasie, to już wtedy zaczęło się psuć. No a kiedy ludzie siedzą w korporacjach, w biurach po 10 godzin… Wszystko dąży do tego, żebyśmy byli takimi obolałymi, chorymi „hodowlanymi produktami”, które trzeba tylko ciągle leczyć.

Najlepiej lekami przeciwbólowymi bez zastanawiania się nad przyczyną.
Ale generalnie każdy człowiek, który odczuje poprawę jakości swojego życia w tym sensie, że poczuje się lepiej, będzie już coraz bardziej otwarty, nawet ten najbardziej oporny. Kobietom, które są przerażone, gdy zobaczą, nie wiem, dwunastkę (odważnik o masie 12 kg – przyp. red.) w pressie i mają ją podnieść z ziemi, mówię: Słuchaj, będziesz tym snatchować 100 powtórzeń w 5 minut i zobaczysz, będziesz się śmiała i będziesz mi mówić, że to już chyba czas na szesnastkę. Ten progres przychodzi, on jest wyłącznie kwestią czasu. Trzeba tylko tych ludzi pilnować pod względem jakości, trzeba być bardzo konsekwentnym w tym, co mamy im przekazywać. Bo oni będą się chcieli wysypywać, ale naszym zadaniem jako trenerów jest ich cały czas pilnować. I trzeba wiedzieć, że my nie jesteśmy rozliczani z tego, czy na treningu było przyjemnie czy nie, jesteśmy rozliczani z tego, czy nasi podopieczni czują się lepiej.

I to jest też źródło Twojego poczucia produktywności jako trenera?
Tak.

Ok, ale nie zawsze jest chyba tak różowo – miałeś być może pojedyncze przypadki osób, które się zniechęcały, miały słomiany zapał i nie dało się ich za nic zaciągnąć na trening, mimo że dzwoniłeś, pisałeś? Czy wtedy czułeś się nieproduktywny?
W mojej profesji jest taki problem – ponieważ mam całkiem długą listę podopiecznych, te treningi często trzeba dopinać na ostatnią chwilę, zwłaszcza że żyjemy w takim świecie, gdzie trening personalny jest usługą trzeciego rzędu. Czyli klient przychodzi na trening dopiero w momencie, gdy już załatwi wszystkie sprawy w ciągu dnia, te ważne i te mniej ważne. Ok, może dla osób bardzo świadomych będzie to usługa drugiego rzędu, ale to i tak nie będzie najważniejsza sprawa w ich życiu. Ale niektórzy ludzie bardzo dobrze reagują na zwykłą przypominajkę smsową. Oni się czują naprawdę zobligowani do odpowiedzenia na takiego smsa o treści: Nie odzywasz się 3 tygodnie, co się stało? Z reguły otrzymuję wielowersetowe „litanie” – usprawiedliwienia. I oni się dają pobudzić do pracy. Druga sprawa jest taka, że trening personalny zawsze będzie najlepszą formą treningu na świecie, lepszej po prostu nie ma. Ja trenuję sam, ale tylko dlatego, że nie mam tutaj blisko obok siebie osoby, z którą mógłbym trenować, chociaż chciałbym ćwiczyć z kimś, kto by mnie korygował, z kim nawzajem mógłbym się motywować do mocniejszych treningów, serii itd. Każdy potrzebuje trenera.

Ale Hardstyle to zmaganie się z samym sobą…
Tak, ale dopiero w chwili, kiedy ciężar jest w górze, kiedy już pracujesz. Kiedyś jeden z mistrzów karate powiedział: Twój trening powinien wyglądać tak, jakbyś był wojownikiem na polu walki. Wojownikiem, który całym sobą, każdym ruchem, każdym gestem powoduje zmaksymalizowanie efektu, po który przyszedł. To jest bardzo ważne, bo…

Powiedz to osobom, które spędzają pół godziny na treningu, patrząc jak im biceps rośnie.

Ale powiem Ci tak, jeżeli dana osoba przyszła naprawdę po to, żeby jej ten biceps urósł i do tego dąży, a są tacy, którzy potrafią go pobudzić do rozrostu 😊 – ja to cenię. Bo powiem ci, że trening kulturystyczny też potrafi być niesamowicie ciężką, morderczą formą treningu i potrafi zniechęcić wielu ludzi. Gdzie kwas mlekowy zalewa żyły i odcina ludziom świadomość, tam pojawia się charakter.

Czy są w kulturystyce takie korzyści, jak w metodzie Hardstyle?
No nie, tam motorycznych korzyści nie ma żadnych, a wręcz odwrotnie.

Nie da się tam też chyba zbudować takiej pewności siebie, jaką daje trening z odważnikami. Bo z tego co się orientuję, kettle tak działają… Jakie są korzyści psychologiczne płynące z ćwiczeń z kettlami, jakie widzisz u siebie i u swoich podopiecznych?

Przede wszystkim zawsze proces nabierania siły, jak zauważyłaś, będzie powodował wzrost pewności siebie. Bo dzięki treningom z odważnikami ludzie odkrywają coś, czego istnienia nie byli świadomi, czyli nowe, niepoznane dotąd zasoby, odkrywają samych siebie w czymś, co daje im ogromny progres. To jest po prostu nie do opisania, jak ci ludzie potrafią zmienić swoje nastawienie.

Czyli dzisiaj nie wierzę, że ruszę ten dwudziestokilogramowy odważnik z ziemi, a jak za dwa miesiące będę nim pressować, to będzie wielkie „wow”.
Będzie wielkie „wow” i będzie zawsze chęć na więcej. Ja potem nie mam problemu z tym, żeby moich klientów zachęcić do treningów, tylko żeby ich hamować przed niepotrzebnymi, przepalanymi próbami bicia własnych rekordów. Załóżmy, że jakaś dziewczyna wykona pierwszy raz wstawanie tureckie z odważnikiem o wadze 24 kg. Ona niestety jest tym tak „zajarana”, że na każdym treningu chciałaby do tej dwudziestki czwórki wracać, ale wtedy rolą trenera jest powiedzieć: Posłuchaj, pierwszym krokiem po osiągnięciu szczytu jest krok w dół. Trzeba to rozumieć. Nasze ciało jest bardzo złożonym mechanizmem, którym my, opierając się na pewnej wiedzy i doświadczeniu, możemy bardzo fajnie sterować. Jeśli ktoś ma normalną pracę i chce mieć szybkie, dobre, w bezpieczny sposób uzyskane efekty, to musi mieć trenera, żeby go poprowadził. Bo ja przecież korzystam z metod, które były testowane przez ostatnie, powiedzmy, 100 lat na zawodnikach. To ma znaczenie, czy ja komuś ustalę intensywność na poziomie jego 77% czy 72% danego ruchu. Jeśli trener mówi: trzy ruchy, to trzeba zrobić trzy, a nie osiem, to jest bardzo ważne.

Czyli nie wolno za wszelką cenę brnąć do celu, zaślepiać się własnymi sukcesami, tylko cały czas należy być ostrożnym, trzymać się planu?
Na przykład jest ta pułapka, która dotyczy osób, które bardzo mocno weszły w świat crossfitu. Absolutnie nie atakuję samego crossfitu jako metody czy stylu treningowego, natomiast chodzi o formę, w jakiej to jest wykonywane. Bo jeżeli dochodzi do sytuacji, że każdy trening jest formą testu, który można wykonywać raz na kwartał, to układ nerwowy powie: ale chwila moment, to jest nasz 80. trening na najwyższych obrotach z rzędu, ja nie mam siły się do tego przystosować. I będzie ograniczał nasz potencjał.

No właśnie. W tym miejscu dochodzimy do tej ciemniejszej strony dążenia do sukcesu treningowego. Na przykładzie Twojej drogi do Top Team Poland – do Secret Service Snatch Testu musiałeś podchodzić kilka razy, zanim Ci się powiodło. Podejrzewam, że w tym procesie pojawiały się czasem frustracja i zwątpienie.
Tak.

I ten proces był trudny i złożony. Powiedz, jak sobie radzić w momentach spadku motywacji? Czy masz może jakieś autorytety w tym zakresie, czy byłeś w stanie sam z siebie wykrzesać ponownie tę motywację, żeby podejść do tego morderczego testu piąty raz, szósty, siódmy i tak dalej?
Co do Snatch Testu, to zasadnicza kwestia jest taka, że ja mam bardzo małe dłonie z niesamowicie krótkimi palcami, co jest bardzo dużym utrudnieniem w treningu z kettlami. Mój mały palec jest tak krótki, że w przypadku snatcha w ogóle nie bierze udziału w ruchu, bo nawet nie jest w stanie opleść kettla. Ja snatchuję w zasadzie 3 palcami, a dotyczą mnie ciężary jak wszystkich i przy mojej ówczesnej masie 73 kg było naprawdę bardzo ciężko zbliżyć się do tej granicy 200 snatchy w 10 minut. Natomiast oczywiście zawsze trzeba korzystać z wielu bodźców i aspektów. Swoją rolę grają ambicje, chęci, dążenie do doskonałości, rozwoju, do wyników, rekordów, do progresu… Ale czasem może wydarzyć się też, że jakiś bardzo dziwny, niespodziewany bodziec, taki niby z boku, jest w stanie dać nam ten finalny impuls do działania. W moim przypadku takim impulsem było to, że pewnego dnia rozmawiałem z moją dziewczyną o treningu. Akurat usłyszałem, że kolejna osoba dostała się do Top Teamu. A że moim celem było zdobyć czerwoną koszulkę z 5 gwiazdkami w momencie, kiedy będzie ją miało, jeszcze na tamtą chwilę, mniej niż 20 osób w Polsce, poczułem, że ten cel mi ucieka. I właśnie moja dziewczyna powiedziała mi: Posłuchaj, to już jest czas, żebyś zdobył tę czerwoną koszulkę – ja chcę cię już w niej zobaczyć. To było w lipcu lub czerwcu 2016 roku. I to, że ktoś mi powiedział: Słuchaj, ty dasz radę to zrobić, jesteś gotowy, masz wiedzę, uczysz ludzi, ty sobie z tym poradzisz, tylko musisz w końcu się za to wziąć – dało mi taki impuls, że poczułem, że muszę ten cel osiągnąć, że nie ma innej możliwości. Ja byłem wtedy już po 4 nieudanych próbach nagrania Snatch Testu. W 2014 roku wykonałem 202 snatche w 10 minut, ale one były zrobione jednak trochę inną metodą, nie do końca hardstylową, w związku z czym nie zostały zaliczone, co mnie trochę zbiło z tropu. No ale wracając do połowy roku 2016, zacząłem się znów przygotowywać. Ten proces był bardzo ciężki – bo w sumie wykonałem ponad 18.000 snatchy przez pół roku, podjąłem znowu w międzyczasie kilka kolejnych nieudanych prób zaliczenia tego testu. Przy czym w przypadku Snatch Testu dochodzi to, że nie jesteśmy w stanie podchodzić do niego zbyt często, tutaj musi się wiele elementów zgrać. Bo te 10 minut na maksymalnej intensywności ciała, to jest coś, co odbija się przez następne 2- 3 tygodnie wielkim echem. To nie jest tak, że podejdę sobie dziś do Snatch Testu, zrobię, powiedzmy, 187 powtórzeń, a jutro wykonam normalny trening, no nie, to się jednak odbija. No i ten schemat się tak u mnie powielał i powielał, ale w końcu znalazłem kilka mikro ścieżek, które zwiększały moje możliwości w tym Snatch Teście, a poza tym na podstawie pośrednich wyników, które sobie wyliczałem, ja już wiedziałem, że mam zbudowany potencjał, by to zadanie zaliczyć.

Czyli w procesie przygotowań musiałeś rozgryźć wszystkie czynniki, które składały się na to, żeby zaliczyć Snatch Test, musiałeś wiedzieć, jak je zgrać?
Tak. Wykonanie Snatch Testu przyszło mi najtrudniej. Za to do części zaliczeń nie musiałem się w ogóle przygotowywać, jak na przykład do podciągnięcia na drążku z obciążeniem dodatkowym równym połowie masy ciała. Ale Snatch Test to już inna historia. I teraz, o co chodzi: im dłuższą drogę musimy przejść, tym ona staje się ważniejsza od samego celu. I to jest niesamowite. Ktoś, kto tego nie doświadczy, nie jest w stanie tego w pełni zrozumieć. W moim przypadku Snatch Test to było absolutne poznawanie samego siebie, stopniowe zaglądanie do różnych swoich zakamarków i wydobywanie najważniejszych elementów, które sumarycznie miały dać pewien efekt. I z reguły, kiedy celu nie mamy, kiedy nie jesteśmy bardzo zdeterminowani, to my się nie zmobilizujemy do tak dużych poświęceń. Bo ktoś może powiedzieć: Po co ci to wszystko, nie „wymachałeś” 200 razy, to trudno, nie będziesz miał czerwonej koszulki. Tu chodzi o kwestię wartości. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że ja mam niespełnione ambicje zawodnicze. Moje życie tak się ułożyło, że miałem jakieś aspiracje, chciałem startować w zawodach, jakich tylko mogłem, ale to mnie ominęło. Dlatego też zmaganie się z sobą samym w procesie przygotowań do Top Team Poland jest niesamowitym doświadczeniem, zwłaszcza że tak naprawdę my nie musimy tego robić. Trzeba samozaparcia, by każdy kolejny raz podnieść tego kettla z ziemi, wiedząc, że trzeba będzie się zmagać z pozrywanymi odciskami na dłoniach, z tym bólem, kwasem mlekowym, z tym wszystkim, co towarzyszy Snatch Testom 10-minutowym. Bo nie bez kozery Secret Service Snatch Test wykonuje się, aby dostać się do amerykańskiego Secret Service, czyli do ochrony amerykańskiego prezydenta. Oczywiście warto zaznaczyć, że w tym celu można wykonać go dowolnym sposobem, niekoniecznie według metody Hardstyle. A zrobienie 200 snatchy każdym innym sposobem jest prostsze, bo mamy tam o wiele więcej możliwości obejścia tego trudu ruchu obrotu kettla w sposób hardstylowy. Teraz ja mam za sobą już 1,5 roku członkostwa w Top Teamie i ostatnio doszedłem do wniosku, że muszę zacząć przygotowania do odnowienia uprawnień, obowiązkowego po dwóch latach. Mimo tego, że może mi się już to wszystko trochę opatrzyło, to postawiłem sobie to za cel, zwłaszcza że nikt tego Top Teamu nie odnawia poza Mirkiem Jurczakiem.

Naprawdę?
Oczywiście, że nie – nikomu się nie chce. I w związku z tym jest to doskonały moment do tego, żeby jednak powiedzieć: Przepraszam, ja już wiem, jak trzeba zrobić formę pod Snatch Test, ja się chwilę przygotowałem, odnowiłem, dziękuję.

Spróbujesz po raz kolejny zdobyć wszystkie 5 gwiazdek?
Chciałbym, ale odnowiła mi się kontuzja w kolanach, którą mam od jazdy motocyklem.

Pistol odpadnie?
Trudno będzie zaliczyć przysiad na jednej nodze, ponieważ nie jestem w stanie wykonać go na ten moment w pełnym zakresie ruchu. Będąc dzieckiem, trenowałem półwyczynowo narciarstwo i to mnie obecnie trochę dotyka. Jeżeli chodzi o pistol, moje doświadczenia są takie, że jest on doskonałym ćwiczeniem sprawdzającym możliwości, natomiast o dziwo nie można go wplatać jako ćwiczenie kształtujące w każdy program treningowy, dlatego że niesie za sobą pewne obciążenia. O ile wykonywanie go z masą własnego ciała można uznać za coś prozdrowotnego, o tyle przy dodatkowym obciążeniu równym połowie masy ciała nie jest to już, uważam, zbyt zdrowe. Oczywiście chciałbym zdobyć ponownie komplet gwiazdek, może uda się to zrobić. Natomiast wiem, że mam ogromne problemy z kolanami. Kiedy zjeżdżam z toru wyścigowego motocyklem, to mam tak silne bóle w tych stawach, że potem przez dwa dni w ogóle nie chodzę, nie jestem w stanie nawet zgiąć kolana. Tylko dzięki kettlom mogę się potem jakoś normalnie ruszać. Muszę na te kolana po prostu uważać.

Chciałabym zapytać Cię jeszcze o przyrząd PowerBar, który opracowałeś i opatentowałeś – czym innym jest ćwiczyć na siłowni z dostępnym tam sprzętem, a czym innym wpaść na pomysł zaprojektowania własnego przyrządu, który sprawi, że własne ćwiczenia będą jeszcze efektywniejsze. Jaka była droga opracowania NTC PowerBaru?
Po pierwsze, powoli narastała we mnie frustracja, ponieważ, z braku odpowiedniego sprzętu, nie mogłem sam trenować w ten sposób, który uważałem za słuszny, nie mogłem tego również przedstawiać moim podopiecznym. Jako trener z 10-letnim stażem widziałem wiele różnych przyrządów. Zacząłem analizować podobieństwa i różnice między nimi, aż pewnego dnia dostrzegłem pewne prawidłowości. PowerBar powstał z chęci rozwoju, udoskonalenia treningu dla zmaksymalizowania efektów. Ja uważam trening z wykorzystaniem masy swojego ciała za bardzo ważny, to jest ten drugi filar naszego rozwoju. Pierwszy to praca z ciężarem, z kettlem, ze sztangą czy z czymkolwiek innym, a drugi to właśnie praca ze sobą nad ruchem, czysto nad ruchem, przemieszczaniem się. To jest bardzo trudna dziedzina, a do ćwiczeń tego rodzaju nie ma przyrządów w ogólnodostępnych siłowniach. Dlatego zacząłem się zastanawiać, w jaki sposób można by coś na to zaradzić. To, co jest na filmie promocyjnym jako przyrząd, produkt gotowy do nabycia, powstało w wyniku wielu eksperymentów, testów. Na zasadzie manufaktury powstało wiele protypów, jakichś nieudanych, krzywych egzemplarzy, z niedoróbkami. Wiele musieliśmy z moim wspólnikiem przejść, żeby stworzyć idealny przyrząd. Zamysł był taki, żeby zaprowadzić rewolucję treningową na ścianie w każdym domu, żeby każdy, kto posiada ścianę 😊 i przynajmniej 270 cm wysokości pomieszczenia, mógł dostać najlepszy drążek na świecie, czy raczej przyrząd wielofunkcyjny. Odchodziłbym od sformułowania drążek, bo ten nasz przyrząd łączy w sobie zalety drążków wielochwytowych, poręczy gimnastycznych i drabinki ćwiczebnej. Ćwiczenia na PowerBarze przynoszą fantastyczne efekty, czego jestem pewien, bo poświęciłem własny czas treningowy, by sprawdzić jego skuteczność. Taki trening niesamowicie poprawia motorykę ogólną ruchu, wzorce podciągania, wyciskania i tak dalej, ale również wiąże się z niesamowitym progresem sylwetkowym, dzięki wykonywaniu tych wszystkich bardzo złożonych ruchów w różnych kątach. Bo przyświecała nam też myśl, by dać ludziom do użytku drążek, który umożliwi trening, w którym nie będzie żadnego ograniczenia, jeśli chodzi o rodzaj przyjętego chwytu czy rozstaw dłoni, tak by użytkownik mógł uprawiać absolutny freestyle i rozwijać się w takich rodzajach ruchu, w jakich chce. Bo trzeba pamiętać, że niestety nic, co robimy, nie jest symetryczne. Czynności, które wykonujemy na co dzień: podnoszenie, przesuwanie, przyciąganie czy trzymanie czegoś, nie są oparte na symetrii. I trenowanie tylko w sposób symetryczny ogranicza nas ruchowo. Więc trzeba było tak zaprojektować Power Bar, żeby…

…umożliwić wykonywanie treningu prawdziwie funkcjonalnego?
Tak. Ale to stworzyło pewną pułapkę – ten trening jest niesamowicie trudny. Pamiętam, że po pierwszych dwugodzinnych treningach na PowerBarze czułem się jak po, nie wiem, dobie katorżniczej pracy. Ale przyniosło to efekty. U rodziców w garażu wisi jeden egzemplarz – mój ojciec ćwiczy na PowerBarze, oczywiście w swoim zakresie możliwości jak na 65-latka. Ogólnie duży problem stanowiło uświadomienie ludziom zalet tego przyrządu. O ile kettle mają jakaś siłę przebicia i coraz więcej ludzi nimi ćwiczy, to udowodnienie ludziom, że zrobienie czegoś więcej niż na zwykłym drążku naprawdę ma sens, jest bardzo trudne.

To dlatego, że mało osób jest w stanie podciągnąć się z ciężarem własnego ciała na zwykłym drążku, a co dopiero wykonywać skomplikowane treningi na PowerBarze?
Tak, i to jest problem.

Jest to bardzo wartościowe, ale trudne.
Tak, jest to bardzo trudne, trzeba poświęcić bardzo dużo czasu na naukę. Pamiętam własne początki, ja musiałem się naprawdę zmuszać do treningu na moim własnym przyrządzie. Ale nagle pojawiała się siła nie wiadomo skąd, możliwe stały się coraz bardziej skomplikowane ruchy i całe ich sekwencje, które wcześniej byłyby nie do wykonania. I taki trening zaczyna nam dawać jakąś wartość stałą – potem człowiek nie musi planować życia pod posiłki, nie potrzebuje się bać, że jeden przegapi i że wraz z tym przegapionym posiłkiem definicja mięśniowa uleci mu w kosmos, tylko może się cieszyć swoją własną sprawnością i zdrowo ukształtowaną sylwetką. I to ostatnie też jest jednak ważne. Czasami osoby otyłe wmawiają sobie, że nie interesuje ich sylwetka. Ale pytanie, czy ludzi z ich otoczenia również ona nie interesuje? Nagrałem o tym materiał, w którym opowiadam o przykładowej sytuacji: żona mężczyzny, który trenuje już dwa lata, sugeruje mu, żeby zrezygnował ze spotkań z trenerem, skoro i tak ciągle nie może dopiąć się w koszuli, którą kupiła mu jeszcze 8 lat temu zanim utył. A on się wtedy broni: Słuchaj, ale ja pressuję trzydziestkę szóstkę, ja nie muszę dobrze wyglądać. Ale niestety ona w ogóle nie wie, co to jest trzydziestka szóstka, ona nigdy nie trzymała nawet dwunastki, ona nie wie, czy to jest duże osiągnięcie, czy nie, i po prostu nie widzi żadnego efektu tego, że on tę trzydziestkę szóstkę podnosi. W momencie, kiedy wpływamy na sylwetkę ludzi, w ich życiu dużo się zmienia, ludzie z ich otoczenia to zauważają. I rolą trenera jest, żeby, nawet jeśli podopieczny mówi, że jego nie interesuje, jak on wygląda, tym bardziej mu to myślenie powoli zmienić. I za to on będzie wdzięczny. Oczywiście jest to powiązane z pewną intensywnością, do której trzeba ludzi zachęcić. Zresztą sama też wiesz, że po godzinnym treningu, na którym starasz się utrzymać wysoką jakość ruchów, jesteś wyczerpana, nie tylko fizycznie, ale i psychicznie, pod względem koncentracji.

Czyli podsumowując, im trudniejszy cel sobie postawimy, jak w kalistenice, jak w Hardstyle’u, tym większa będzie satysfakcja i tym lepsze efekty się osiągnie i to się przełoży na inne aspekty życia?
Zdecydowanie. A czasem milej wspominamy drogę niż same efekty. Bo w przypadku czerwonej koszulki – ok, jest ogromna satysfakcja, ale ja najmilej wspominam to, że mi się chciało przychodzić na każdy trening, że jednak dałem radę. Na mnie też bardzo motywująco działa, kiedy ludzie dookoła mnie nie dopingują, tylko wręcz deprymują, to mnie jeszcze bardziej nakręca. Ja lubię udowadniać, że potrafię. Ktoś mówi: O, ten przyszedł, znowu wziął kettla, znowu będzie machał, znowu nabrudzi tą magnezją. Po czasie z tych samych ust usłyszeć można: On chyba z tymi kettlami rzeczywiście coś robi, prowadzi grupę, dostał się do jakiegoś Top Teamu, co to w ogóle jest, muszę sprawdzić. I tacy byli ludzie. Wtedy pytałem:
– Ty nie zwróciłeś uwagi, że ja pół roku się przygotowywałem, żeby zdobyć tę czerwoną koszulkę?
– A, no rzeczywiście, ciągle machałeś, robiłeś „te takie do góry”.
– No, trochę zrobiłem tych do góry 😊

Tak, dla osób postronnych snatch to po prostu machanie odważnikiem.
No tak… Ta droga do Top Team Poland to przede wszystkim możliwość nauczenia się czegoś o sobie. Jeśli ktoś nie umie sam się zmusić do treningu, to my, jako trenerzy, mamy za zadanie ten nawyk u ludzi wykreować. Fajne jest później to, że oni mogą nieść to, czego się nauczyli, dalej. Jest takie powiedzenie, że świeca, od której zapalana jest następna, nic nie traci. Czyli jeśli ktoś ma w sobie pasję i przekazuje ją dalej, to nikt mu tej pasji nie zabiera, kolejne osoby ją tylko naśladują, powielają…

…mnożą.
Dokładnie. Ja sobie te słowa zapamiętałem i staram się funkcjonować właśnie w ten sposób, żeby jak największej ilości ludzi uświadomić, że da się po prostu żyć fajniej. Każdy ma jakieś zainteresowanie, ja na przykład jeżdżę po torze wyścigowym motocyklem. I generalnie jestem jedyną osobą, która wytrzymuje całą sesję, czyli 4 godziny jazdy non stop, co jest wykańczającym wysiłkiem. Inni zjeżdżają po godzinie, po półtorej, bo po prostu padają kondycyjnie.

Czyli kettle dają Ci wytrzymałość i siłę, które pozwalają Ci realizować swoją pasję?
Tak, i umiejętność napinania się i rozluźniania w odpowiednich momentach, co jest jedną z wartości fundamentalnych – ta umiejętność sterowania wysiłkiem i kontrola nad ciałem. A podsumowując, to jest fascynujące, że osoby, z którymi pracuję, dają się zarazić zamiłowaniem do treningu i świadomie się rozwijają. Ja to uwielbiam robić. To jest warte tego wszystkiego, tych wszystkich treningów przekładanych, odwołanych… To jest tego warte.

Dziękuję Ci bardzo za rozmowę.

efekty na siłowni

Paweł Tarkowski – trener personalny specjalizujący się w treningu kettlebells oraz kalistenice. Z wykształcenia mgr wychowania fizycznego, absolwent AWF Warszawa. Trener boksu, instruktor kulturystyki, dyplomowany menedżer sportu. Przez wiele lat czynnie oraz zawodowo związany z systemami walki wręcz. Od 2012 roku ukierunkowany na trening funkcjonalny i siłowy z użyciem odważników kulowych. Obecnie certyfikowany instruktor StrongFirst SFG level 2, od 2017 członek elitarnej grupy CKB Top-Team. Sędzia główny V Mistrzostw Polski Kettlebell Hardstyle Challenge. Współtwórca opatentowanego przyrządu treningowego NTC PowerBar. Prywatnie pasjonat motocykli wyścigowych oraz gry na gitarze.

W Bean&Buddies pomaga odkryć innym pyszną kawę. Poza pracą pasjonuje się mądrym wysiłkiem fizycznym i zasadami zdrowego stylu życia.